Kawałek serca

Przez wiele lat pracy przy projektach nauczyłem się ogromnej ilości rzeczy. Tak dużej, że dużą część zdążyłem zapomnieć. Jednak jest kilka takich, których nigdy nie zapomnę. Wyobrażam sobie siebie za 20 lat w jakimś ciepłym kraju, w miejscowej kawiarni, w towarzystwie starych lokalnych ludzi, gdy mówię: „w to, co robisz musisz wkładać serce”.

Ja wiem, że to wydaje się takie banalne. Wiem też jak wiele osób żyje z dnia na dzień nie czując żadnej mięty do tego, co robi. Zawsze, gdy ktokolwiek źle mówi o swojej firmie – niezależnie czy robi to publicznie, czy w zamkniętym towarzystwie – myślę jak szybko ta osoba dojdzie do tego, że powinna to zmienić. Że kroczy dzień w dzień nie swoją ścieżką – często blokując wszystkich, którzy wlokąc się za nim rwą się do przodu.

Im dłużej zastanawiam się nad takimi sytuacjami, tym bardziej jestem przekonany, że w każdym projekcie, który zrobiłem lub wspierałem, zostawiałem kawałek serca. W jednych przypadkach większy, w innych mniejszy. Projekty te żyją swoim życiem. Współautorzy odeszli do innych projektów, miejsc lub zajmują się całkowicie czymś innym. Gdy przypominam sobie etapy ich powstawania, nie mogę pozbyć się analogii do dzisiejszych definicji „startupów”.

Większość z nas słysząc słowo startup przywołuje na myśl jakiś taki niedorobiony pomysł, który próbuje przedzierać się w świecie Internetu uderzając łokciami o konkurencję. Gdy przeglądam startups.antyweb.pl lub kickstarter.com, by zobaczyć co to ludzie chcą robić, zastanawiam się ilu z tych właścicieli „startupów” zostawia serce w tych projektach. Gdy przerażająca ilość nowych biznesów jest klonami rozwiązań zza oceanu jakoś nie chce mi się wierzyć, że większość.

Jestem przekonany, że właśnie tym, którzy zajmują się „kopiowaniem w celach zarobkowych” rynek podziękuje i zmiecie ich wraz z kolejną płatnością za hosting, treść czy obsługę. Stawiam tezę, że nie ma na świecie firmy, która osiągnęła sukces bez realizacji potrzeb jej założyciela. Jak prześledzimy sobie historię największych i najbogatszych firm na świecie (może z pominięciem banków), to można zauważyć, że każda z nich zaczęła się od realizacji konkretnej potrzeby – potrzeby założyciela. Pielęgnacja rozwiązań realizujących tę potrzebę doprowadziła do sukcesu jego firmy.

Dlatego gdy ktoś mnie pyta o radę jak prowadzić startup – cholera, co za słowo, dlaczego nie młodą firmę? – to zawsze mówię, żeby dowiedział się jak dużo osób posiada dokładnie taką potrzebę jak on lub jak wiele osób nagle może poczuć taką potrzebę. Gdy jesteś w stanie wykazać, że jest wystarczająco dużo osób, którym twój projekt pomoże realizować cele, można spróbować zrealizować projekt najmniejszym kosztem przy osiągnięciu akceptowanego poziomu jakości.

Zawsze mówię, pamiętaj, że robisz to dla siebie – przy okazji możesz to też zrobić dla mnie i moich znajomych. Ok, myśl o modelu biznesowym, ale to wszystko jest inżynieria. Jak w głowie pojawia Ci się myśl, że robisz to, aby tę firmę sprzedać z zyskiem, weź tę myśl uduś, utop lub głęboko schowaj. Ewidentnie potrzebujesz pieniędzy na rozwój, często też wiedzy i odpowiednich kontaktów. Zwykle ceną za to jest udział w firmie. Pomyśl czy kupiłbyś firmę, gdyby jej właściciel od samego początku mówił „stworzyłem tę firmę za kilka tysięcy i wiele nieprzespanych nocy, by ją sprzedać za duże pieniądze”. Z tego powodu na pewno nie.

Dalego namawiam Cię bardzo mocno, gdy cokolwiek robisz wkładaj w to serce. Bo tylko dzięki temu tak łatwo się nie poddasz, a wszyscy wokół będą wiedzieli, że na tym Ci zależy. To właśnie to z czasem przynosi odpowiednie wyceny przedsięwzięć i gdy coś innego zacznie Cię interesować, będziesz mógł odciąć kupon od ciężko wypracowanej wartości, czego Ci oczywiście życzę.

Ostatnio się zastanawiałem ile warty taki np. antyweb.pl czy kominek.in? Dla właścicieli pewnie miliony, a Ty ile byś zapłacił? Jak myślisz ile serca wkładają w to działanie?

  • I po raz kolejny przypomina mi to tekst:
    „pisz ten serwis jakby pod spodem było napisane ‚stworzone przez Rafala Klisia’ „