Good enough

Pojęcie, które powinno stać się maksymą każdego. Niestety z mojego doświadczenia wynika, że tylko nieliczni rozumieją co to znaczy.

Problemem nie jest samo tłumaczenie lecz odpowiednie i pragmatyczne podejście do tego co znaczy „wystarczająco dobrze”. Wielokrotnie spotykam się z działaniem ludzi, którzy pragną osiągnąć sukces swoich przedsięwzięć przy usilnym dążeniu do realizacji wszystkich elementów w stanie wystarczająco dobrym. Jednakże szybko im „witki” opadają gdy zauważają, że należało wykonać kilka rzeczy bardzo dobrze wręcz wyśmienicie, części rzeczy wogóle nie robić oraz kilka tj. tych, które są potrzebne jednak nie kluczowe doprowadzić do stanu wystarczająco dobrego tak by całość działań była odpowiednia do sprawnego rozwoju.

Utylitarność „wystarczająco dobrze” jest spotykana u wszystkich liderów biznesu. Z założenia efekty projektów pokazuje się światu na etapie wystarczająco dobrym i im lepiej potrafi rozpoznać ten moment tym bardziej profesjonalna jest firma. Niestety wiele jest firm, które nie potrafią rozpoznać gdzie jest moment prawdy i trzeba go pokazać rynkowi. Wtedy albo szlifują produkt długo dodając mu co rusz jakiś super ważny i strategiczny element, czego skutkiem jest w momencie gdy już się zdecydują fakt pokazania dziwnego mutanta nie pasującego do rynku, lub pokazują całkowicie niewypierzony produkt, który samodzielnie nie jest w stanie nic osiągnąć co skutkuje tym, że spala zacną idee, zraża potencjalnych klientów i oddaje pole bez walki czuwającej konkurencji.

Jak więc rozpoznać moment, w którym nadszedł czas na pokazanie produktu? Odpowiedź leży w metodologiach budowania produktu i prowadzenia projektów, tam też narzędzia WBS, KPI, zarządzanie ryzykiem, zarządzanie jakością poparte odpowiednim doświadczeniem realizują stawiane im cele.

Internetowym „good enough” jest wersja BETA, ciekawym jest fakt, że na rynku oprogramowania wersja beta nigdy nie była wersją „good enougt” dopiero po następnym etapie „RC – release cardidate” pojawiał się etap „RTM – release to manufacturing”, który jest tym co dziś np. Google nazywa wersją Beta. Zabieg ten ma też podłoże psychologiczne, skoro serwis jest w stadium beta to znaczy, że ewentualne błędy i padnięcia można mu wybaczyć.

I choć jestem pewny, że zasadą good enough posługują się producenci samochodów, ogrodnicy, budowlańcy czy piekarze wiem, że nigdy nie wpadną na to by na swoich produktach napisać „wersja beta”. Może to i dobrze bo raczej nie wsiadłbym do windy w której napisane byłoby że sterownik ma wgrane oprogramowanie beta.

  • wayha

    Beta becie nierowna i moze znaczyc cokolwiek. Z mojego doswiadczenia moge napisac ze liczy sie to czego klient _na_prawde_ potrzebuje i na czym mu zalezy -- jezeli to nie dziala -- nie ma mowy o instalacji wtedy znaczek beta tylko drazni i mozna nim dostac w glowe. Z drugiej strony jezeli spelniles strategiczne zalozenia projektu -- a czesc ‚bells & whistles’ jeszcze nie dziala -- a liczy sie czas i masz twardy deadline -- np. ze wzgledow rozliczeniowych wtedy OK -- robisz releasa jako beta i wszystko gra.

  • Pingback: Nie jestem dziennikarzem! - Moonopol.pl()

  • Pingback: Skąd się biorą bogaci ludzie? - Moonopol.pl()